- Za kierownicą czuję się świetnie, chociaż bywam wykończony. To jest taki moment, kiedy jestem sam ze swoimi myślami – kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc opowiada o swojej pasji Agnieszce Świst-Kamińskiej.

Krzysztof Holowczyc

A.Ś.-K.: Jak wspomina pan Rajd Dakar?

K.H.: Kiedy powracam myślami do tych chwil, od razu mam uśmiech na twarzy. To był cudowny czas, może nawet najlepszy w mojej karierze. Po dziesięciu latach różnych wzlotów i upadków odczułem prawdziwe sportowe spełnienie. Kiedy po raz pierwszy zdobyłem piąte miejsce w 2009 roku, myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Dwa lata później piąte miejsce było już dla mnie ogromną porażką. W 2012 r. byłem dosyć blisko wygranej, w pewnej chwili byłem nawet liderem i wszystko wskazywało na to, że uda mi się zdobyć najwyższe miejsce na podium, jednak awaria drobnego elementu przekreśliła szanse na sukces. Tegoroczny rajd był przed startem jedną wielką niewiadomą. Dołączył do mnie nowy pilot Xavier, którego niby już dobrze znałem z rajdów WRC, ale obaj nie wiedzieliśmy, jak mu pójdzie podczas debiutanckiego Dakaru. Zmiany wiązały się z ogromnym ryzykiem. Ja sam nie byłem pewien, jak to wszystko dalej się potoczy. Z początku szło nam bardzo dobrze, mieliśmy atakować czołówkę, gdy nasz MINI uległ awarii na trzecim odcinku specjalnym. Wtedy miałem chwilę rezygnacji. Xavier stwierdził: „Jest dobrze. Spokojnie, straciliśmy tylko dwadzieścia minut.”. Obawiałem się, że nie damy rady nadrobić strat. Zmieniliśmy taktykę. Jechaliśmy równo, czysto i szybko. Dzięki temu odczuliśmy pewną ulgę. Ten Dakar był wyjątkowo ciężki. Kiedy nie myślisz o tym, że musisz przejechać kolejny zakręt, bo może on być ostatnim zakrętem w życiu, wszystko zaczyna się lepiej układać. Znaleźliśmy się na mocnym czwartym miejscu. Będący przed nami Saudyjczyk Alrahji szalał na trasie, chciał pokazać, jak naprawdę się jeździ. Wiedzieliśmy, że cudem będzie, jeżeli dojedzie on do mety i nie zarżnie silnika. Z takim nastawieniem nie był w stanie walczyć. Po jego usterce przenieśliśmy się na trzecie miejsce i tak już zostało.

A.Ś.-K.: Jak można sobie poradzić z ogromnym napięciem psychicznym? Rajd trwa przez pewien czas i to napięcie ciągle wzrasta.

K.H.: Pomaga w tym specjalny trening mentalny, który odbyłem z psychologiem sportowym Darkiem Nowickim. Nieskromnie mówiąc, jestem teraz zawodnikiem prawie kompletnym, ponieważ już niewiele więcej można we mnie wpompować, choć oczywiście zawsze można lepiej przygotować się pod względem fizycznym. Jestem na tyle świadomy, że wiem, co aktualnie jest mi potrzebne. Poznałem systemy i techniki, które pomagają szybko zregenerować się i wyspać w ciągu pięciu minut, które pozwalają utrzymywać koncentrację przez długi czas. Nauczyłem się tego już dawno i stosuję te metody. Okazało się jednak, że do wielu rzeczy podchodzę bardzo emocjonalnie. Kiedy odnoszę sukces, odczuwam wielką radość, a kiedy przeżywam porażkę, czuję się zawiedziony. Podczas treningu odcięliśmy te dwie rzeczy: górę i dół. To jest świetny system, który sprawdza się podczas ciężkiego rajdu. Kiedy pojawia się ból fizyczny, wszyscy zawodnicy cierpią i płaczą. Organizm szaleje, kiedy zmienia się wysokość z 4000m na 2000m, a następnie na 5000m. Chociaż odczuwałem ogromny ból głowy, nie brałem żadnych tabletek. Kiedy przekładałem biegi, zauważyłem przy drodze piękną białą lamę i nie byłem pewien, czy była ona prawdziwa, czy wykreowana przez moją wyobraźnię. Zapytałem Xaviera, czy on również ją widzi, a on odparł: „Tak, ja też myślałem, że ta lama nie jest prawdziwa.”. Tamte chwile wiele nas nauczyły.

A.Ś.-K.: Jak można wyspać się w ciągu pięciu minut? Jak opanować swoje emocje?

K.H.: Trzeba idealnie czuć swoje ciało, aby szybko zgrać je z zaistniałymi warunkami i mieć świadomość tego, gdzie aktualnie się znajdujesz. W czasie rajdów WRC organizowano dwudziestominutowe przerwy. Wskakiwałem wtedy do przyczepy i spałem przez pięć minut, dzięki czemu mój organizm mógł się „zresetować”.

A.Ś.-K.: Czy dotychczasowe doświadczenia dały panu poczucie spokoju? Czy w dniu dzisiejszym ma pan świadomość tego, że poradzi sobie w trudnych sytuacjach?

K.H.: Uczestnictwo w Rajdzie Dakar nigdy nie daje takiej świadomości. Zawsze coś może nas zaskoczyć. To są rzeczy niewyobrażalne. Przez dziesięć lat brałem udział w tych morderczych maratonach i muszę przyznać, że ciągle pojawiają się nowe, niespodziewane sytuacje.

A.Ś.-K.: Ile czasu zajmuje panu przygotowanie się do rajdu?

K.H.: Mówiąc z przekorą, jeden rajd się kończy, a drugi się zaczyna, więc praktycznie cały rok. Typowe przygotowania pod względem fizycznym trwają przez trzy lub cztery miesiące i obejmuję trening poszczególnych partii mięśni oraz ćwiczenia ogólnorozwojowe i wytrzymałościowe. Do tego odbywają się specjalne obozy przygotowawcze, gdzie pracujemy m.in. nad teambuildingiem oraz testujemy nowe rozwiązania w naszych samochodach.

A.Ś.-K: Jak wyglądają takie obozy?

K.H.: Obozy sprawnościowe najczęściej odbywają się gdzieś w górach, niemieckich Alpach lub na Wyspach Kanaryjskich. Z kolei testy sprzętu mają miejsce najczęściej na pustyni w Maroku, gdzie znajduje się nasza baza. Niestety, nie przepadam za Afryką.

A.Ś.-K.: Dlaczego?

K.H.: Afryka bardzo się popsuła. Największy wpływ ma na to niechęć, a często wręcz agresja tubylców, którzy wprost okazują niezadowolenie z naszych przyjazdów oraz rozgrywania zawodów u nich. Dopóty jest OK, dopóki słono płacimy za hotele i usługi. Wtedy nas tolerują. Najgorzej jest w Mauretanii i w Mali. Można tam przeżyć prawdziwe piekło. Pamiętam sytuację, kiedy miejscowi polowali na nas jak na zwierzynę. Było tam mnóstwo różnych dróg, które prowadziły do jednego celu. Zaskoczyło mnie dziwne ułożenie kamieni w pobliżu drogi. Nagle zauważyłem klif o wielkości trzydziestu lub czterdziestu metrów. Jechałem ostatnią ścieżką znajdującą się przy samym klifie. W pewnym momencie pojawił się mur z kamieni, ledwo zahamowałem. Na nasz samochód posypał się grad rzucanych kamieni. Na szczęście samochód miał plastikowe szyby. Wiedziałem, że nie mogę cofnąć, ponieważ spadłbym wówczas z klifu, a to ewidentnie było zamiarem miejscowych. Cudem, urywając zderzaki, udało mi się staranować ten mur. Wielokrotnie spotkałem w Afryce ludzi, którzy mieli do nas podobne podejście.

A.Ś.-K.: Czy rajdy uzależniają? Jak wrócić do szarej rzeczywistości po takich przeżyciach?

K.H.: To jest duży problem, ponieważ ja nie mogę żyć bez adrenaliny. Kiedy minie miesiąc od zakończenia rajdu, czuję się niezbyt dobrze. Moja żona mówi: „Jedź na jakiś trening, bo nie mogę już z Tobą wytrzymać.”. Wsiadam więc w samochód rajdowy i przelatuję jakąś polną ścieżką z prędkością 200km na godzinę. Wracając do domu, jestem szczęśliwy i spokojny. Od razu inaczej żyję.

A.Ś.-K.: Ile lat minęło od pierwszego rajdu?

K.H.: Od trzydziestu lat zajmuję się sportem motorowym. Biorąc pod uwagę karting, jeżdżę od ponad czterdziestu lat, czyli od dziesiątego roku życia.

A.Ś.-K.: Który sport był pierwszy: jazda samochodami, czy motorami?

K.H.: Równolegle interesowałem się samochodami i motorami. Próbowałem różnych rzeczy, jeździłem również na motocyklu crossowym. Niestety, ojciec spaprał robotę. Mam 1.96m wzrostu, więc jestem zbyt wielki do motorsportu. Kiedy jeździłem motorami, miałem mnóstwo złamań. Moja żona twierdzi: „Można cię zidentyfikować bez głowy, badając różne wystające, pozrastane krzywo kości.”.

A.Ś.-K.: Aktualnie można zaobserwować boom na motory i skutery. Polskie drogi nie są na to przygotowane. Kierowcy również nie są na to gotowi.

K.H.: Przez wiele lat współpracowałem z marką Yamaha, organizowaliśmy różne fajne akcje, które miały na celu zwrócenie uwagi na obecność motocyklistów na drogach. Ja sam chętnie jeżdżę motorem, a nawet częściej skuterem. Uważam, że skuter jest bezpieczniejszy niż motocykl, można jeździć nim nawet z prędkością 180/200km na godzinę, o ile pozwalają na to warunki i przepisy. Muszę się przyznać, że pewnego razu swoim skuterem wykonałem nawet lot na jakąś panią w BMW.

A.Ś.-K.: Czy ona zajechała drogę?

K.H.: Dwie panie po drobnej stłuczce oglądały zderzaki swoich aut na lewym pasie. Pani w BMW zahamowała gwałtownie przed nimi, gdy ja przymierzałem się właśnie do manewru wyprzedzania. Cudem udało mi się nie wpaść na te stojące samochody. Skuter wpadł między auta, ale ja poszybowałem nad nimi i wylądowałem między dwiema paniami. Kiedy zdjąłem kask, jedna z nich krzyknęła: „O Boże! Zabiłam Hołowczyca!”. Odpowiedziałem: „Spokojnie, niech tylko znajdzie pani moje buty.”.

A.Ś.-K: Muszę przyznać, że kobiety jadące samochodem niechętnie przepuszczają inne panie zwłaszcza wtedy, kiedy ta druga ma lepszy samochód.

K.H.: Niektóre kobiety są coraz bardziej waleczne. Zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Kobiety stają się coraz mocniejsze, a faceci są coraz słabsi. Chyba coraz mniej jest prawdziwych mężczyzn. Chudzi chłopcy noszą obcisłe sweterki, utrzymują ich mamy, a oni spokojnie sobie żyją, nie wchodząc nikomu w drogę. Nauczono mnie, że to facet jest odpowiedzialny za byt i bezpieczeństwo w swoim domu. Współcześni faceci często oglądają się na swoje kobiety, a te wydają im konkretne polecenia. Przeraża mnie taki stan rzeczy, ponieważ ja jestem mężczyzną starej daty.

A.Ś.-K.: To prawda, ale kobiety podejmują się podobnych wyzwań jak mężczyźni. Nie możemy zabronić paniom jeździć samochodami, bo one czasami są lepszymi kierowcami niż mężczyźni. Niektóre kobiety nawet lepiej jeżdżą motorami.

K.H.: Ależ oczywiście! Uważam tylko, że kobiety mają trochę inne podejście do samochodu. Panie traktują je jako przedmiot, który daje im szansę na przemieszczanie się. Niektórzy mężczyźni uważają, że ciągle jeszcze jesteśmy rycerzami, rywalizującymi ze sobą. Zauważyłem, że kobiety też mają czasami podobne nastawienie. Ostro walczą o zdobycie wyznaczonego celu. Uśmiecham się w duchu w takich sytuacjach, bo jeżdżę super szybkim samochodem i nigdy nie mam problemu z wyprzedzeniem kogoś, ale czasami widzę w kobietach pewną nutę zawziętości, najdelikatniej to określając.

A.Ś.-K.: Czy nie jest to nuta kokieterii? Kobiety chcą udowodnić, że one też dobrze jeżdżą samochodami.

K.H.: Tak, ale w takich sytuacjach mężczyźni udowadniają paniom, że oni również są dobrymi kierowcami, a to jest słabe.

A.Ś.-K.: Prawdziwy mężczyzna zawsze ustępuje kobiecie.

K.H: Powinien, a przynajmniej takie są założenia. Tak jesteśmy nauczeni.

A.Ś.-K.: Zaobserwowałam, że polskim kierowcom brakuje kultury jeżdżenia po autostradzie. Czy jest to związane z faktem, że mamy tylko jedną autostradę?

K.H.: Nie, autostrad mamy już kilka, ale faktem jest to, że wciąż jest to dla nas nowość, do której się nie przyzwyczailiśmy.

A.Ś.-K: Wiele osób wyjeżdża przecież za granicę…

K.H.: Tak, ale nauczenie się pewnych odruchów wymaga czasu. Podróżując po zagranicznych autostradach, mamy szansę podpatrywać zachowania obcokrajowców na drodze. Poprawa tej sytuacji wymaga dłuższego czasu, ale już jest lepiej niż kiedyś. Zauważyłem, że ludzie przepuszczają się nawzajem. Zaczyna funkcjonować m.in. metoda suwaka, która działa wtedy, kiedy schodzą się dwa pasy i wpuszczamy się wzajemnie: jedno auto z jednej strony, drugie z drugiej. Kierowcy stopniowo zmieniają swoje podejście do kultury jazdy i pomału czerpią z tego korzyści. Jeżeli ja kogoś przepuszczę, to i on mnie przepuści. Dajmy sobie trochę czasu na wprowadzenie zmian.

A.Ś.-K.: Czy to z pana inicjatywy powstała fundacja „Kierowca Bezpieczny”. Co było inspiracją do jej założenia?

K.H.: Z powstaniem fundacji wiąże się smutna historia. Dwaj synowie mojego przyjaciela ponieśli śmierć w tragicznym wypadku. Chciałem wówczas jakoś zareagować i zrobić coś, aby zapobiec kolejnym nieszczęściom. Słynne drzewa na Warmii i Mazurach do tej pory przyczyniają się do śmierci wielu osób. W takich sytuacjach każdego roku ginie około czterdzieści procent ofiar wypadków. Tuż przy zatłoczonych krajowych drogach rosną drzewa. Uderzenie w drzewo przy prędkości nawet 60km na godzinę kończy się tragicznie i trzeba mieć tego świadomość. Ludzie popełniają błędy. Drogi na całym świecie są tak zbudowane, aby wybaczać błędy kierowcom. W naszym kraju jest inaczej. Przy nowej drodze sadzi się kolejne drzewa. Ludzie, co wy robicie? Kiedy próbowałem o tym rozmawiać w urzędach, pytano mnie: „Panie, a kim pan jest?”. Kiedy się przedstawiłem, słyszałem, że jestem osobą prywatną i nie mam o czym z nimi rozmawiać. Stworzyłem więc fundację, dzięki której siła mojego głosu wzrosła. Zbierało się coraz więcej fajnych ludzi, którzy chcieli pomóc i organizować różne akcje. Pierwszą moją ideą było szkolenie kierowców. Miałem nadzieję na to, że na kursie bezpiecznej jazdy nauczą się dobrze prowadzić pojazdy i będzie mniej wypadków. Wraz z Subaru otworzyliśmy pierwszą szkołę doskonalenia jazdy. Jednak zacząłem się zastanawiać, jak wiele osób możemy przeszkolić. Aby zwiększyło się bezpieczeństwo na drogach, musiałoby powstać tysiące takich szkół. A przy okazji okazało się, że przeszkoleni przez nas kierowcy wcale nie przestrzegali bardziej zasad ruchu drogowego, gdyż chcieli pokazać, co potrafią.

A.Ś.-K.: Czy w ich przypadku wzrastało ego?

K.H.: Wzrastało u nich poczucie pewności siebie. Zastanawialiśmy się, jak rozwiązać ten problem. Doszliśmy do wniosku, że trzeba zacząć szkolić młodzież. Umysły młodych ludzi są jak czysta kartka. Wspominam chwilę z przeszłości, kiedy jechałem wspaniałym, sportowym Subaru i zauważyłem fajne dziewczyny przechodzące przez przejście dla pieszych. To był piękny dzień, świeciło słońce, prawdziwa sielanka. Zahamowałem i przepuściłem dziewczyny, a one uśmiechnęły się do mnie. Moje ego wzrosło i poczułem się świetnie. Nagle kątem oka zauważyłem z tyłu pojazd jadący z taką prędkością, że nie było już najmniejszych szans na zatrzymanie się przed przejściem. Dziewczyny wyszły zza mojego samochodu i zrozumiałem, co się za chwilę stanie. Nacisnąłem na sygnał dźwiękowy. Kiedy ktoś naciska klakson pół metra od ciebie, nie jest to przyjemne. Głośny sygnał sprawił, że dziewczyny zatrzymały się. Ułamek sekundy spowodował, że kierowca starej Fiesty przejechał, ocierając się o lusterko mojego samochodu. Sielanka momentalnie zniknęła. Dogoniłem tego pana na czerwonym świetle, podszedłem do samochodu, zapukałem w szybę i grzecznie zapytałem: „Proszę pana, czy ma pan świadomość tego, co się przed chwilą wydarzyło?”. Kierowca spojrzał na mnie spod ronda swojego kapelusza i odpowiedział: „Młody człowieku, ja wojnę przeżyłem.”.

A.Ś.-K.: Czy należy wprowadzić granicę wieku, w którym można prowadzić pojazdy?

K.H.: Z naszej perspektywy łatwo stwierdzić, że taka granica powinna istnieć. Jednak w momencie, kiedy zestarzejemy się, będziemy chcieli jeździć samochodem jak najdłużej. Każdy człowiek chce być wolny i samodzielny. W Stanach Zjednoczonych samochodami jeżdżą ludzie, którzy nie mają dobrego wzroku i nie wiedzą, co dzieje się dookoła nich. Myślę, że powinien być wprowadzony przepis, który będzie to kontrolował. Niektórzy ludzie w podeszłym wieku są nadal sprawni. Najlepszym tego przykładem jest pan Antoni Huczyński zwany Dziarskim Dziadkiem. Ten 94-latek to super gość! Zażyczył sobie, że chce przejechać się rajdówką z Hołkiem. Spełniliśmy jego marzenie. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego pana i jego witalności. Pan Antoni latał też niedawno w tunelu aerodynamicznym. Ktoś mógłby powiedzieć, że osobie 94-letniej należy zabrać prawo jazy. Starszy człowiek może być sprawny umysłowo, mieć wigor i energię. Nie można wprowadzić zasady mówiącej o tym, że w pewnym wieku nie wolno korzystać z prawa jazdy. Trzeba wprowadzić system lepszego sprawdzania stanu zdrowia kierowców. Mój tata jest wiekowym człowiekiem i ma takie okresy, kiedy z powodu choroby jest w gorszej kondycji. Jest jednak świadomy swojego samopoczucia i prosi mnie wówczas o to, abym przyjechał po niego i zawiózł go w konkretne miejsce. Nie każdy człowiek myśli racjonalnie i zdaje sobie sprawę z tego, że siadając za kierownicą, może zrobić komuś krzywdę. Mój tata mógłby nadal jeździć samochodem, ponieważ ma to coś. Może być w bardzo słabej formie, a da sobie radę. Ja również w samochodzie czuję się świetnie nawet wtedy, kiedy jestem wykończony. To jest moje miejsce.

A.Ś.-K.: Od czego zależy samopoczucie za kierownicą? Moje koleżanki czują się spięte, zajmując miejsce kierowcy. Ja natomiast czuję, że schodzi ze mnie cały stres. Mogę mieć bardzo ciężki dzień, mogę się z kimś strasznie pokłócić, ale kiedy wsiadam do samochodu, odczuwam spokój. Czy trzeba mieć konkretne predyspozycje do bycia kierowcą?

K.H.: Najważniejsze jest to, aby mieć z tego frajdę. Jazda samochodem jest dla mnie przyjemnością. Siadam za kierownicą i jadę na drugi koniec Polski, czerpiąc radość z podroży. To jest taki moment, kiedy jestem sam ze swoimi myślami, mam więcej czasu dla siebie. Bardzo lubię chwile, kiedy podróżuję razem z moimi córkami. Kiedy siedzimy wszyscy razem w samochodzie, cieszę się z tego, że wreszcie jestem blisko ze swoją rodziną i nikt mi nie ucieknie. Wymieniamy wówczas nasze myśli. Podczas podróży po Stanach Zjednoczonych bierzemy samochód z trzema rzędami siedzeń. Prowadzimy długie rozmowy w Cadillacu. Odwiedzamy znajomych w Chicago, a potem jedziemy dalej. Tak spędzamy trzy tygodnie. W pierwszym tygodniu człowiek aklimatyzuje się, w drugim zaczyna odczuwać frajdę, a trzeci zawsze jest najlepszy, ale wtedy przychodzi czas na powrót do domu.

Krzysztof Holowczyc

AUTO - DAKAR 2015 PART 2

rajd_dakar_2015_20150115_1328947823

Krzysztof Holowczyc